06 listopada 2019

Dorosłość: robisz to źle, czyli nasz dom ma silnik i pływa

Gdy pierwszy raz usiedliśmy razem przy naszym stole w mesie nie mogliśmy uwierzyć, że w końcu nam się udało. Jasne, poprzednie 2 lata wypełnione były planowaniem, szukaniem i oglądaniem łódek, dyskusjami i niezliczonymi videorozmowami. Wydawać by się mogło, że będziemy przygotowani na zmianę stylu życia. Wciąż jednak nikt z nas nie mógł uwierzyć, że pijemy herbatę na NASZEJ łodzi.

Początki były powolne i wymagały sporo formalności. Wyprowadzka z Amsterdamu i Warszawy, rejestracja łódki w PZŻ i UKE, podpisywanie umowy, zakładanie konta w banku i wiele innych. Krótki pobyt w domach rodzinnych i po 2 tygodniach polecieliśmy do Burnham on Crouch w Anglii, które stało się naszym domem na następne 32 dni.

Burnham-on-Crouch

Najważniejszym zadaniem było nauczenie się jak pracuje nasz nowy dom. Posiadanie łodzi różni się od czarterowania w jednym kluczowym aspekcie: kiedy coś się zepsuje, musimy sami ustalić co to jest i jak to naprawić (albo zapłacić bardzo dużo pieniędzy komuś, kto zrobi to za nas). Jacht to jak połączenie domu i samochodu, które jeszcze na dodatek musi pływać. Sprawy komplikują się, jeśli nie posiadało się wcześniej ani samochodu, ani domu. Wyposażeni w dotychczasową wiedzę, grubą książkę o konserwacji łodzi Dona Casey’a i dostęp do internetu zabraliśmy się do pracy.

Niebezpieczne bezpieczniki i jak je znaleźć

Jeszcze przed zakupem, jacht poddany został szczegółowej inspekcji. Wynajęty przez nas specjalista opracował raport, w którym zawarł wszystkie elementy mogące stanowić zagrożenie lub wpływać na żywotność i zachowanie łodzi. Każdemu z punktów przypisany został priorytet, a lista była przez nas regularnie uzupełniana o nowe elementy.

Przez pierwszy miesiąc naszego pobytu w Burnham łódka była wyjęta z wody, dzięki czemu mogliśmy położyć nowy antyfouling oraz wymienić skorodowane anody. Równie sprawnie (dzięki pomocy Mikołaja) poszła nam wymiana starych i potencjalnie niebezpiecznych zaworów.

Wymiana zaworów na Moonshine

Mikołaj ze swoją zdobyczą: skorodowanym zaworem. W razie awarii, taki zawór mógłby w kilkadziesiąt minut zatopić naszą łódkę.

Praca nad nowym antyfoulingiem

Jola w trakcie pracy nad nowym antyfoulingiem.

Wymiana anod

Łukasz wymieniający anodę na wale.

Porównanie starej i nowej anody

Przed i po: porównanie stanu starej i nowej anody.

Najwięcej czasu zajęło nam ogarnięcie elektryki (proces wciąż trwa i pewnie nigdy się nie zakończy). Naszą pracę można porównać do pracy detektywa. Przez ponad dwa tygodnie w naszym nowym domu odbywało się śledztwo o roboczym tytule “umierająca lodówki”. Lodówka odmawiała współpracy jeśli cokolwiek innego było podłączone do akumulatorów. Na szczęście Marcie i Wojtkowi udało się odkryć głęboko schowany (i oczywiście przepalony) bezpiecznik. Kiedy po jego wymianie na woltomierzu ujrzeliśmy wskazanie 13,6V cieszyliśmy się jak dzieci.

Prace na maszcie

Wojtek na maszcie poszukujący przyczyn niedziałającego wiatromierza.

Dziwny przypadek silnika diesla

Zaskakująco dużo czasu zmuszeni byliśmy poświęcić elementowi, którego chcemy używać jak najmniej: silnikowi. Schowany pod zejściówką Yanmar 3GM30F służy wiernie na tej łodzi od prawie 30 lat i wciąż jest w całkiem niezłym stanie. Wymaga jednak regularnego serwisowania i (odrobiny) cierpliwości. Oraz wiedzy, której niestety nie posiadaliśmy.

Zanim pierwszy raz ubrudziliśmy ręce olejem, Marta i Łukasz wybrali się do North Fambridge na kurs obsługi i serwisowania silników diesla. W trakcie kursu Colin wtłoczył w ich głowy porządną dawkę wiedzy i uzbroił ich w umiejętności pozwalające na skuteczne serwisowanie silnika.

Podbudowani kursem, wyposażeni w książki i notatki, zabrali się do pracy. Na pierwszy ogień poszła wymiana impellera - czynność prosta i rutynowa. W tym modelu silnika dostęp do niego jest niezbyt wygodny, jednak po kilkunastu minutach gimnastyki udało się go wymienić na nowy (w samą porę - stary impeller pokazywał już ślady zużycia). Nie obyło się jednak bez problemów. Dosłownie sekundę po tym jak Łukasz stwierdził, że należy uważać, żeby nie przekręcić śruby w pokrywie pompy, dokładnie to zrobił. Na szczęście Colin ruszył z pomocą i pomógł wyciągnąć zniszczony gwint (i zaoszczędzić 700 funtów na nowej pompie).

Colin próbujący wyciągnąć zniszczoną śrubę

Colin próbujący wyciągnąć zniszczoną śrubę z pompy wody chłodzącej silnik. Śruba i pompa wykonane są z różnych stopów. Ogrzewana śruba rozszerza się wolniej niż pompa, co pozwala uzyskać odrobinę luzu potrzebnego do jej wykręcenia.

Pompa z nowymi śrubami

Pompa z założonymi nowymi śrubami.

W międzyczasie temperatury znacznie spadły i noce na łódce stały się zimne. Na szczęście nasz jacht wyposażony jest w ogrzewanie na diesla, z którego ochoczo zaczęliśmy korzystać. Niestety, popełniliśmy szkolny błąd - zużyliśmy prawie całe paliwo ze zbiornika. Przy kolejnym uruchomieniu silnika zassaliśmy do przewodów paliwowych powietrze i silnik "umarł". Dzięki temu Łukasz i Marta mogli w praktyce przećwiczyć odpowietrzanie układu paliwowego, którego nauczyli się w trakcie kursu. Pozostało - kolejny raz przy pomocy Colina - znaleźć i naprawić wycieki paliwa i odpalić silnik. Nigdy nie sądziliśmy, że widok pracującego silnika diesla może nas tak ucieszyć.

Baśń tysiąca i jednej przesyłki

Poza dużymi pracami, takimi jak serwis silnika i odszyfrowanie elektryki, nasz czas w Burnham wypełniony był dziesiątkami mniejszych zadań. Instalacja nowego inwertera, zakup środków bezpieczeństwa, naprawa kabestanów i korb, mocowanie lifeliny i wielu innych. Większość z nich wiązała się z zakupem nowych części, często przez internet, często nie znając dokładnego modelu. Jak później policzyliśmy, w trakcie naszego pobytu w Burnham odebraliśmy ponad 30 przesyłek!

s/y Moonshine z lotu ptaka

s/y Moonshine z lotu ptaka. Na zdjęciu znaleźć można 3 członków załogi.

W oddali ujrzymy skał zęby pod Dover

Po ponad miesiącu w Burnham on Crouch nadszedł dzień, w którym postawiliśmy żagle (a w zasadzie uruchomiliśmy silnik) i wypłynęliśmy na szerokie wody. Przecięliśmy ujście Tamizy i po krótkim postoju w Ramsgate dotarliśmy do znanego z szant Dover, skąd udaliśmy się do Francji. Gdzie dalej? O tym już wkrótce.

W trakcie naszego pobytu w Wielkiej Brytanii poznaliśmy wiele życzliwych i pomocnych osób, bez których nie udałoby nam się przeprowadzić wszystkich napraw. Z tego miejsca chcielibyśmy im serdecznie podziękować i wyrazić nadzieję, że jeszcze się z nimi spotkamy (oby na wodzie!).

Załoga Moonshine

Zapraszamy także do śledzenia nas w social mediach:

Cherbourg, Francja, 06 listopada 2019